| TARGI I ZJAZDY:
Zmieniają się formy i struktury, stosunki i urządzenia. Jeśli dziś, gdzie tylko znajdzie się wolny placyk, już wypełnia się samochodami, to jeszcze przed pół wiekiem identycznie było z wozami, zaprzęgniętymi w koniki, często tylko w jednego. Bo zewsząd ściągały tu - do Rzeszowa - całe karawany furmanek , aby w stosunkowo dużym mieście, mającym liczne towarowe hurtownie, nabyć to i owo do detalicznej sprzedaży po wioskach, a zwłaszcza miasteczkach. A tych ostatnich jeszcze przed pół wiekiem było wcale dużo.
Kto stawał z wozem na wolnym powietrzu, musiał mieć kogoś z sobą do jego pilnowania . Oj, bo tych złodziejaszków w nadwisłocznym grodzie było a było! Było bowiem w Rzeszowie biedoty o wiele za dużo. Gnieździła się na peryferiach albo po suterenach i oficynach. Nawet w pewnym sensie dowcipne. A oto autentyczne wydarzenie:
Przyjechała na jarmark para kmieci. Stanęli na terenie dawnej Ruskiej Wsi, na placyku przy ulicy Grottgera. Widocznie sprzedali, co mieli sprzedać, chłop poszedł niewątpliwie kupować coś, zaś na wozie została sama tylko baba. Konie wyżerały coś z "repciucha", a gospodyni, siedząc na przednim siedzeniu, rozłożyła obok chustę, w którą zawinięty był chleb z masłem i serem. Krając, pożywiała się. I oto podchodzi do niej taki sobie dzieciak, dłońmi trzymając się za policzek. I na wpół z płaczem prosi: - Gosposiu! Strasznie mnie bolą zęby! Pozwólcie mi wziąć do gęby orczyk, ten od wagi. To na ból pomaga. Już nie mogę wytrzymać, pozwólcie! - i rzewnie zapłakał.
Zaciekawiona kobieta namyślała się chwilę, po czym rzekła: - No to se weź! - Wtedy chłopak ukląkł, ujął orczyk, a raczej jego koniec; łatwo to było, bo w czasie postoju woźnica z jednego orczyka zdejmował postronek, żeby konie nie ruszyły z wozem. Kobieta przechyliła się, chcąc wszystko dokładnie widzieć. Czy mogła oprzeć się ciekawości? Po dłuższej chwili chłopak podniósł się z klęczek i rzekłszy pokornie: - Bóg wam zapłać, już mi pomogło! - odszedł dość pospiesznie. Gospodyni patrzyła za nim jakiś czas, trochę nawet oszołomiona, wreszcie chciała wrócić do przerwanego posiłku. Patrzy... co to? Cud się stał? Ani chustki, ani jedzenia. Dopiero po dłuższej chwili uprzytomniła sobie, że stała się ofiarą podstępu chłopaków i własnej ciekawości. Kiedy gapiła się, ten drugi zgarnął, co leżało na siedzeniu i czmychnął w odwrotnym kierunku. Poczęła się drzeć, że złodzieje, że zabrali jej chleb, ale wywołała tym tylko hałaśliwy ubaw. Bo liczni gapie też z ciekawością oglądali całą tę sprytną operację.
Trzeba też było widzieć, jak w jesieni chłopi przywozili do miasta całe półkoszki główek kapusty. Jedni - nauczeni już doświadczeniem -bacznie się pilnowali, inni nie. A po bokach ulic czyhali chłopcy uzbrojeni w drążki, zakończone długimi gwoździami. Niczym wielorybnicy z harpunami. Nieuwaga chłopa - i już jest łup w postaci dorodnej, błyszczącej głowy. No i - noga! Ale ile razy "taki" dostał batem, gdzie popadło? Ani się psu nie przyznał, tylko, poskrobawszy się, czekał na szczęśliwszą okazję.
Do Rzeszowa, nie tylko w dni jarmarczne, przybywali liczni klienci dla załatwienia różnych spraw. Chociażby z Głogowa, Sokołowa, Kolbuszowej, Czudca i innych miejscowości. Interesant zamawiał więc furmankę - zamożni fiakra -godząc się, i ustalając nieraz bardzo szczegółowo warunki: jak długo trzeba będzie czekać, kto będzie opłacał "szlabany" i "kopytkowe", wreszcie - gdzie furman ma czekać. Bo mógł sobie zastrzec, że na polu - placu, ulicy - nie. Najczęściej wchodziła w rachubę Czerwona Brama . Tysiące ludzi w szerokiej okolicy znały to miejsce. Był to po prostu pojemny zajazd przy ulicy ongiś Głogowskiej , następnie Sandomierskiej , w końcu Grunwaldzkie j. Ale nie taki, jakie znajdowały się przy drogach, to jest długie budynki, przeważnie już murowane, z sienią na przestrzał, gdzie można było zajechać z wozem i końmi na całą noc. Do takich właśnie zajazdów na dzień nikt nie zajeżdżał. Inaczej było z Czerwoną Bramą.
Jeszcze pod koniec XVIII wieku Rzeszów od północy kończył się na Mikośce. Wtedy była tu autentyczna brama, a dalej rozległy teren, zwany Kłapkówką. Znajdowały się tu dworki, ogrody mieszczańskie, sady, ogródki warzywne. Jeśli ktoś potrafił skupić ich kilka, stawał się właścicielem kawałka pola, budował sobie dworek i zakładał gospodarstwo. Przez Kłapkówkę przebiegała Stara Droga, jeszcze średniowieczna, prowadząca w kierunku Sandomierza i Lublina. Przy tejże drodze dawno zbudowano zajazd dla tych, którzy w mieście musieli się zatrzymać na dłuższy czas. W murowanym budynku był jakby hotel dla zamożnych interesantów . Za nim - ogromny budynek drewniany na wozy i konie. A także z pomieszczeniem dla furmanów. Było to więc coś w rodzaju "strzeżonego parkingu".
W zajeździe panowała specyficzna atmosfera. Mrok przesycony wonią koni, siana, końskiego moczu. Nawet do gryzienia i kopania. W takim wypadku któryś z furmanów, będący w zajeździe, uspokajał krewkie rumaki - batem, wcale go nie żałując. Równocześnie dochodziło często do sporów między samymi furmanami, przeważnie na skutek podbierania sobie wzajem paszy dla koni. Były też i bójki, ale niezbyt groźne.
Na zachód od zajazdu rozciągały się rozległe łąki i ogrody bernardyńskie. Zielone i kwietne. Tam gromadziły się liczne pielgrzymki w czasie odpustów i innych uroczystości. Fotografowie korzystali wówczas z dachu zajazdu, skąd dokonywali zdjęć. W czasie odpustów zajazd był oczywiście przepełniony.
W ciągu drugiej połowy XIX i na początku XX wieku dawna Kłapkówka została tak szczelnie zabudowana, że zajazd dosłownie tkwił między kamienicami. Dotrwał do wybuchu drugiej wojny światowej. Ostatecznie został zburzony w związku z budową gmachu województwa. Chociaż nie musiał. Ale - siła złego na jednego. Jego zniknięcie wywołało w Rzeszowie powszechny żal, jak po śmierci bardzo leciwego i szanowanego człowieka.
|